

Znowu mówią mi, że czas najwyższy zwolnić,
Że świat pędzi, a ja stoję gdzieś z boku.
A ja po prostu
nie chcę się z nikim gonić,
Wolę swój rytm i pewność w każdym kroku.
Nie szukam braw na jarmarku próżności,
Mam swój azyl, cztery struny i dym.
W tej mojej małej,
ciasnej wolności, Jestem u siebie – i dobrze mi z tym.
Możecie mówić, że wypadłem z gry,
Że moje ścieżki
prowadzą donikąd. Lecz ja mam swój puls,
ja mam swoje sny,
I nie kłaniam się żadnym modnym publikom.
Autsajder? Może.
Tak to już jest,
Gdy wolisz prawdę od tanich gestów.
To mój własny, twardy,
życiowy test, Bez publiczności
i zbędnych manifestów.
W radiu znów grają plastikowe sny,
Ktoś komuś wmawia, jak ma dzisiaj żyć.
A ja pod prąd,
przez te szare dni,
Próbuję po prostu sobą tu być.
Kiedy mnie boli, to zmieniam to w dźwięk,
Kiedy się śmieję – to z samej góry.
Wyrzucam z siebie
ten dawny lęk, I klangiem basu przebijam chmury.
Możecie mówić, że wypadłem z gry,
Że moje ścieżki
prowadzą donikąd.
Lecz ja mam swój puls,
ja mam swoje sny,
I nie kłaniam się żadnym modnym publikom.
Autsajder? Może.
Tak to już jest,
Gdy wolisz prawdę od tanich gestów.
To mój własny, twardy,
życiowy test,
Bez publiczności
i zbędnych manifestów.